Na początku uczymy się “surfowania na lądzie”. Na dużej otwartej i przestrzeni oswajamy latawiec – zbieramy informacje,jak i kiedy jest silny, gwałtowny i co zrobić, żeby na zawołanie złagodniał, jak wylądować z nim bezpiecznie na lądzie. Ten etap to najtrudniejsza część nauki, ale nie trwa zbyt długo, więc nie ma się co zniechęcać, a z czasem kitesurfing staje się coraz łatwiejszy. Bardziej niż prężenia mięśni będziemy potrzebowali skupienia i koncentracji.
Potem zaczyna się świetna i wyjątkowa zabawa. Wchodzimy z kitem do wody, trzymając go w rękach, kładziemy się na brzuchu i pozwalamy się ciągnąć po falach (te body dragi są bezpieczne i ekstatyczne, poza tym to już namiastka realnego surfowania). Później uczymy się samemu podnoszenia latawca z wody. W kolejnym etapie wreszcie przychodzi pierwszy krok z deską na nogach. Oczywiście parę razy zaliczamy wywrotki się jak w bajkach na Cartoon Network, ale w końcu lecimy! Pierwszy ślizg: woda twarda jak tafla lodu ucieka nam spod nóg, a my – bez wysiłku – szorujemy z wielka prędkością (niemal wszyscy, których dało się zaobserwować w tym momencie, krzyczeli z radości jak opętani
). Ostrzegam, że od tego momentu nie będziesz miał już odwrotu: “ładna pogoda” znaczyć będzie, że wieje wiatr, a nie że świeci słońce; siedząc w pracy po kryjomu nie raz na tydzień a wiele razy dziennie będziesz sprawdzał prognozy wiatru na najbliższy weekend…